Z serii: podsłuchane z rozmowy. Dzieci (Krasnal, Szyneczka oraz dzieci zaprzyjaźnione sztuk 2) wędrują kwitnącą alejką.
Krasnal: Ale pachnie... Chciałbym mieszkać na jabłoni...
Dziecko zaprzyjaźnione młodsze: A ja na czekoladzie...
Krasnal: A ja na kupie...
Dziecko zaprzyjaźnione młodsze:a ja na kupie i siku.
Krasnal: A ja bym zjadł kupę!
Dziecko zaprzyjaźnione starsze: a ja kupę i siku!
Pani Szyneczka (cichutko, uradowana faktem, że nadąża za tokiem konwersacji): A ja bym zjadła truskawkę z kupą....
Podejrzanie wiele konwersacji zaczyna się miło, a kończy fekaliami.
środa, 29 kwietnia 2015
środa, 11 marca 2015
Memento mori
Krasnal z perspektywy rodzicielskiego łóżka dokonuje porannej lustracji galerii zdjęć na przeciwległej ścianie.
- Ale jesteś młodziutka na tym zdjęciu, mamuniu! - komentuje foto sprzed dobrej dekady (już w tym momencie mam ochotę go boleśnie uszczypnąć - wszak w moim własnym oglądzie nadal jestem młodziutka) - Ja też jestem młodziutki, prawda?
- Tak, jesteś młodziutki - potwierdzam.
- A Szyneczka jest jeszcze bardziej młodziutka ode mnie. Prawda, mamuniu? - drąży.
- Prawda. Oboje jesteście młodziutcy. Eeech (wzdycham) - całe życie macie przed sobą...
- A ty już tylko pół.. Tak, mamuniu?
Eeech...
- Ale jesteś młodziutka na tym zdjęciu, mamuniu! - komentuje foto sprzed dobrej dekady (już w tym momencie mam ochotę go boleśnie uszczypnąć - wszak w moim własnym oglądzie nadal jestem młodziutka) - Ja też jestem młodziutki, prawda?
- Tak, jesteś młodziutki - potwierdzam.
- A Szyneczka jest jeszcze bardziej młodziutka ode mnie. Prawda, mamuniu? - drąży.
- Prawda. Oboje jesteście młodziutcy. Eeech (wzdycham) - całe życie macie przed sobą...
- A ty już tylko pół.. Tak, mamuniu?
Eeech...
wtorek, 27 stycznia 2015
Daj mi tę noc
Etykiety:
dzieci mówią,
macierzyństwo bez lukru,
Matka Polka,
Pani Szyneczka,
satyra w krótkich majteczkach,
sen dziecka
Dzieci nam się trafiły z tych, co to - jak Chuck Norris - nie śpią. Czuwają. Czynią to tyleż sprawiedliwie, co wyczerpująco: jeśli jedno przesypia całą noc, drugie przez większą jej część jest na nogach; jeśli jedno zasypia o 23.00, drugie budzi się o 23.15; jeśli jedno uda się odtransportować z powrotem do własnego łóżka, ze stuprocentową pewnością za moment przyleci drugie. O, na przykład tak:
02.10, Krasnal: Tatooooo, tatooooooooooo!!! (ojciec nieprzytomnie ściąga delikwenta z łóżka i wlecze do sypialni, bo jeśli obudzi Szyneczkę, będzie można spokojnie zapalić światło, zrobić coś do żarcia i na jakieś 3 godziny włączyć muzykę). GRZYBIAKI CHCĄ MNIE ZABIĆ! (delikwent nakrywa się kołdrą na głowę, zaczyna trząść i głośno zawodzić).
Matka (mamrocze): Nieee mmma żdnychchch ggg-rzybiaków. Śpiiiiij...
Krasnal: Są!
Matka: Nnnnneee mmma. Neeee mmmaaa grzbiaaaakówww. Śpiiijjjjj...
Krasnal (upewnia się): A potworów też nie ma?
Matka: Nnnnieeee mmmaa. Ptttwry nnnie isssstnieją... Śpijj...
Krasnal (drąży): A duchy? Duchy istnieją?
Matka: Nnnniemmmmaaa grzbbbbbiaków, dchówwwww, ptwrówww. Nie issstnieją. Inniggdyyynie istniały... Śpij!
Krasnal (oskarża): Ale dinozaury istniały!
Matka: Ttttakkk. Dinozaury isssstniałłłłyyy. Ale to zzzzzwierzęta. I już nnnnie istniejąąą... Śpijjj...
Krasnal (trzęsie się, zawodzi): Grzybiaki na pewno nie istnieją?
Matka: Nnnn... pwnoooo... Śpijjjjj...
Krasnal (weryfikuje): To sprawdź w Internecie. Że nie istnieją.
Matka: Śpijjjj...
Krasnal (nalega): Sprawdź. Weź telefon i sprawdź!
Matka (wpisuje w pasek Googla hasło "Grzybiaki", skurczybyki istnieją, a jakże; udaje, że telefon się rozładował): Zapytaj tatusia.
Krasnal (powraca): Tatuniu, Grzybiaki nie istnieją, prawda? Sprawdź w Internecie, że nie istnieją.
Ojciec (przewidująco wpisuje w pasek Googla "Grzybiaki nie istnieją" i bez wyszukiwania potwierdza): Nie istnieją.
Krasnal (żąda): Pokaż! G-rz-y-b-i-a-k-i Grzybiaki n-i-e nie i-s-t-n-i-e-j-ą istnieją. No. Okej.
03.10, Szyneczka (tup-tup-tup-tup-tup): Czeeeeeść:-)
Dalej w konfiguracji Matka: 20 cm, Szyneczka 70 cm, Krasnal 70 cm, Ojciec - kanapa.
07.00, Matka: Kochanie, co ci się śniło?
Szyneczka: Ze spałam w swoim łózecku...
02.10, Krasnal: Tatooooo, tatooooooooooo!!! (ojciec nieprzytomnie ściąga delikwenta z łóżka i wlecze do sypialni, bo jeśli obudzi Szyneczkę, będzie można spokojnie zapalić światło, zrobić coś do żarcia i na jakieś 3 godziny włączyć muzykę). GRZYBIAKI CHCĄ MNIE ZABIĆ! (delikwent nakrywa się kołdrą na głowę, zaczyna trząść i głośno zawodzić).
Matka (mamrocze): Nieee mmma żdnychchch ggg-rzybiaków. Śpiiiiij...
Krasnal: Są!
Matka: Nnnnneee mmma. Neeee mmmaaa grzbiaaaakówww. Śpiiijjjjj...
Krasnal (upewnia się): A potworów też nie ma?
Matka: Nnnnieeee mmmaa. Ptttwry nnnie isssstnieją... Śpijj...
Krasnal (drąży): A duchy? Duchy istnieją?
Matka: Nnnniemmmmaaa grzbbbbbiaków, dchówwwww, ptwrówww. Nie issstnieją. Inniggdyyynie istniały... Śpij!
Krasnal (oskarża): Ale dinozaury istniały!
Matka: Ttttakkk. Dinozaury isssstniałłłłyyy. Ale to zzzzzwierzęta. I już nnnnie istniejąąą... Śpijjj...
Krasnal (trzęsie się, zawodzi): Grzybiaki na pewno nie istnieją?
Matka: Nnnn... pwnoooo... Śpijjjjj...
Krasnal (weryfikuje): To sprawdź w Internecie. Że nie istnieją.
Matka: Śpijjjj...
Krasnal (nalega): Sprawdź. Weź telefon i sprawdź!
Matka (wpisuje w pasek Googla hasło "Grzybiaki", skurczybyki istnieją, a jakże; udaje, że telefon się rozładował): Zapytaj tatusia.
Krasnal (powraca): Tatuniu, Grzybiaki nie istnieją, prawda? Sprawdź w Internecie, że nie istnieją.
Ojciec (przewidująco wpisuje w pasek Googla "Grzybiaki nie istnieją" i bez wyszukiwania potwierdza): Nie istnieją.
Krasnal (żąda): Pokaż! G-rz-y-b-i-a-k-i Grzybiaki n-i-e nie i-s-t-n-i-e-j-ą istnieją. No. Okej.
03.10, Szyneczka (tup-tup-tup-tup-tup): Czeeeeeść:-)
Dalej w konfiguracji Matka: 20 cm, Szyneczka 70 cm, Krasnal 70 cm, Ojciec - kanapa.
07.00, Matka: Kochanie, co ci się śniło?
Szyneczka: Ze spałam w swoim łózecku...
piątek, 9 stycznia 2015
Komedia w 6 aktach
Etykiety:
dzieci mówią,
macierzyństwo bez lukru,
Matka Polka
Scena:
Góry nasze góry (hej), błękitne niebo, zimowe słońce, śnieg skrzący się pod butami, bezkresne pole
Osoby:
Matka oraz Dziewczynka lat 2
Rekwizyty:
sanki (po uprzednim uzgodnieniu Matki z Dziewczynką, że TAK, sanki są najbardziej pożądanym środkiem transportu; TAK, Dziewczynka odbędzie na sankach cały spacer i TAK, na pewno TAK).
Akcja:
Droga przez pole, metr 50. (do przejścia na oko dalszych 950).
Dziewczynka: NIEEEEEE, sanki nie. Na rączki, na rączki, boję sanek, na rączki! (rzut na śnieg, kopanie, krzyk, wycie, zdzieranie czapki, rękawiczek, ponowny rzut na śnieg)
Matka (podniósłszy Dziewczynkę ze śniegu, założywszy jej czapkę i rękawiczki): Dziewczynko, a może pociągniesz saneczki sama, hmmm?
Dziewczynka: TAK, saneczki, SAMA, TAK!
Droga przez pole, metr 55., w (dalekim) polu (widzenia) pies.
Dziewczynka: NIEEEEE, sanki prowadzić NIEEEEE. Na rączki, na rączki, boję pieska! (rzut na śnieg, kopanie, krzyk, wycie, zdzieranie czapki, rękawiczek, ponowny rzut na śnieg)
Matka (podniósłszy Dziewczynkę ze śniegu, założywszy jej czapkę i rękawiczki): Dziewczynko, wezmę cię na rączki, a jak piesek przebiegnie, pójdziesz sama.
Dziewczynka: TAK, na rączki!
Droga przez pole, metr 200.
Matka: Teraz, Dziewczynko, pójdziesz sama, jesteś ciężka, mamy sanki, nie mam siły cię nieść.
Dziewczynka: NIEEEE, sanki NIEEEEEE! Na rączki! (rzut na śnieg, kopanie, krzyk, wycie, zdzieranie czapki, rękawiczek, ponowny rzut na śnieg)
Matka (podniósłszy Dziewczynkę ze śniegu, założywszy jej czapkę i rękawiczki): Możesz, Dziewczynko, pójść sama albo wsiąść na sanki, nie będę cię nieść.
Dziewczynka: Sanki NIEEEE, rękawiczki NIEEEEE, czapka NIEEEEEEE. Na rączki! (rzut na śnieg, kopanie, krzyk, wycie, zdzieranie czapki, rękawiczek, ponowny rzut na śnieg)
Droga przez pole, metr 220., 20 metrów wstecz widoczne ślady ciągnięcia po śniegu Matki, Dziewczynki i sanek.
Matka: Idziesz, potworze, albo wsiadasz na sanki!
Dziewczynka: NIE idę, NIE wsiadam, NIE sanki, NIE rękawiczki, NIE czapka! (rzut na śnieg, kopanie, krzyk, wycie, zdzieranie czapki, rękawiczek, ponowny rzut na śnieg)
Droga przez pole, metr 220. do 850. Matka niesie wyrywającą się i wrzeszczącą Dziewczynkę, przywiązane do paska kurtki sanki boleśnie obijają jej łydki, pot płynie wzdłuż kręgosłupa, ręce mdleją, nogi odmawiają posłuszeństwa, czapka na oczach, twarz w pąsach.
Matka (przez zęby, z głęboką pogardą dla idei rodzicielstwa bliskości i zaawansowaną tęsknotą za przedwojenną kindersztubą i pełnoetatową guwernantką, uprzednio wielokrotnie podniósłszy Dziewczynkę ze śniegu, założywszy jej czapkę i rękawiczki): Koniec. Idziesz-sama-albo-siadasz-na-sankach. Albo-zostajesz-w-polu-a-ja-idę-dalej...
Dziewczynka: Nieeee! Nieeee!! NIEEEEEE!!!
Droga przez pole, metr 853. Na trasie - poza Matką (na metrze 853.) i Dziewczynką (nadal 850.) Dwaj Przypadkowi Spacerowicze (DPS).
Dziewczynka (rzut oka na matkę, rzut oka na DPS) rozdzierającym tonem: Nie zostawiaj mnie! Ja jestem malutka! JESTEM TAKA MALUTKA!
DPS: oooch....!
KURTYNA.
Góry nasze góry (hej), błękitne niebo, zimowe słońce, śnieg skrzący się pod butami, bezkresne pole
Osoby:
Matka oraz Dziewczynka lat 2
Rekwizyty:
sanki (po uprzednim uzgodnieniu Matki z Dziewczynką, że TAK, sanki są najbardziej pożądanym środkiem transportu; TAK, Dziewczynka odbędzie na sankach cały spacer i TAK, na pewno TAK).
Akcja:
Droga przez pole, metr 50. (do przejścia na oko dalszych 950).
Dziewczynka: NIEEEEEE, sanki nie. Na rączki, na rączki, boję sanek, na rączki! (rzut na śnieg, kopanie, krzyk, wycie, zdzieranie czapki, rękawiczek, ponowny rzut na śnieg)
Matka (podniósłszy Dziewczynkę ze śniegu, założywszy jej czapkę i rękawiczki): Dziewczynko, a może pociągniesz saneczki sama, hmmm?
Dziewczynka: TAK, saneczki, SAMA, TAK!
Droga przez pole, metr 55., w (dalekim) polu (widzenia) pies.
Dziewczynka: NIEEEEE, sanki prowadzić NIEEEEE. Na rączki, na rączki, boję pieska! (rzut na śnieg, kopanie, krzyk, wycie, zdzieranie czapki, rękawiczek, ponowny rzut na śnieg)
Matka (podniósłszy Dziewczynkę ze śniegu, założywszy jej czapkę i rękawiczki): Dziewczynko, wezmę cię na rączki, a jak piesek przebiegnie, pójdziesz sama.
Dziewczynka: TAK, na rączki!
Droga przez pole, metr 200.
Matka: Teraz, Dziewczynko, pójdziesz sama, jesteś ciężka, mamy sanki, nie mam siły cię nieść.
Dziewczynka: NIEEEE, sanki NIEEEEEE! Na rączki! (rzut na śnieg, kopanie, krzyk, wycie, zdzieranie czapki, rękawiczek, ponowny rzut na śnieg)
Matka (podniósłszy Dziewczynkę ze śniegu, założywszy jej czapkę i rękawiczki): Możesz, Dziewczynko, pójść sama albo wsiąść na sanki, nie będę cię nieść.
Dziewczynka: Sanki NIEEEE, rękawiczki NIEEEEE, czapka NIEEEEEEE. Na rączki! (rzut na śnieg, kopanie, krzyk, wycie, zdzieranie czapki, rękawiczek, ponowny rzut na śnieg)
Droga przez pole, metr 220., 20 metrów wstecz widoczne ślady ciągnięcia po śniegu Matki, Dziewczynki i sanek.
Matka: Idziesz, potworze, albo wsiadasz na sanki!
Dziewczynka: NIE idę, NIE wsiadam, NIE sanki, NIE rękawiczki, NIE czapka! (rzut na śnieg, kopanie, krzyk, wycie, zdzieranie czapki, rękawiczek, ponowny rzut na śnieg)
Droga przez pole, metr 220. do 850. Matka niesie wyrywającą się i wrzeszczącą Dziewczynkę, przywiązane do paska kurtki sanki boleśnie obijają jej łydki, pot płynie wzdłuż kręgosłupa, ręce mdleją, nogi odmawiają posłuszeństwa, czapka na oczach, twarz w pąsach.
Matka (przez zęby, z głęboką pogardą dla idei rodzicielstwa bliskości i zaawansowaną tęsknotą za przedwojenną kindersztubą i pełnoetatową guwernantką, uprzednio wielokrotnie podniósłszy Dziewczynkę ze śniegu, założywszy jej czapkę i rękawiczki): Koniec. Idziesz-sama-albo-siadasz-na-sankach. Albo-zostajesz-w-polu-a-ja-idę-dalej...
Dziewczynka: Nieeee! Nieeee!! NIEEEEEE!!!
Droga przez pole, metr 853. Na trasie - poza Matką (na metrze 853.) i Dziewczynką (nadal 850.) Dwaj Przypadkowi Spacerowicze (DPS).
Dziewczynka (rzut oka na matkę, rzut oka na DPS) rozdzierającym tonem: Nie zostawiaj mnie! Ja jestem malutka! JESTEM TAKA MALUTKA!
DPS: oooch....!
KURTYNA.
niedziela, 23 listopada 2014
Ząb zupa zębowa
Etykiety:
dzieci mówią,
słowa,
wróżka zębuszka
WPAT MI ZOMP, zanotował Krasnal i - pomijając walory ortograficzne - jest to zgodne z prawdą. Lewa dolna jedynka, co to o nią wczoraj przecież zaledwie uderzyła łyżeczka w trakcie karmienia marchewką, została pieczołowicie umieszczona w posrebrzanym puzderku "my first tooth" i tymczasowo zdeponowana na parapecie, tj. poza zasięgiem ciekawskich szyneczkowych rączek, a wystarczająco na wierzchu, żeby każdy odwiedzający mógł ją z właściwym namaszczeniem obejrzeć. I nie wiadomo już, czy to za sprawą Krasnala, w szalonym myślowym pędzie zmierzającego ku oczekiwanym porannym niespodziankom pod poduszką, czy Taty montującego uchwyt do rolety, grunt, że przed wieczorem znaleźliśmy na łóżku otwarte puzderko, a nie znaleźliśmy lewej dolnej jedynki.
Wśród nieutulonych ryków Krasnala (czy wróżka zapłaci?!?), wymieniwszy kilka ciepłych słów na temat codziennej uważności i szacunku dla najcenniejszych rodzinnych pamiątek (mama) oraz wiecznego czepiania się i głupich zarzutów (tata), skierowaliśmy oskarżycielskie palce w stronę zarumienionej i nieco unikającej naszego wzroku Pani Szyneczki.
- Brałaś pudełeczko?
- Tak.
- Wyjęłaś ząbek?
- Tak.
- I gdzie go włożyłaś?
- Bo buzi.
- Do buzi? I co?!?
- Jadłam...
- Zjadłaś?!?!
- Tak.
Przestraszeni perspektywą szukania jedynki wiadomo gdzie, na wszelki wypadek rzuciliśmy się na kolana, z pomocą linijki powyciągaliśmy kurze spod łóżka, zbadaliśmy kąty, przeczesaliśmy z latarkami szafy i szuflady, by ostatecznie powrócić do przesłuchania.
- Brałaś ząbek?
- Tak.
- I gdzie go zaniosłaś?
- Ko kuchni.
- Do kuchni?!
- Tak.
(Kolana, latarki, linijki. Lewej dolnej jedynki niet.)
- Brałaś ząbek?
- Tak.
- I gdzie go włożyłaś?
- Ko kosia.
- Do kosza?!? Którego?!?
- Tu.
(Kolana, rękawiczki jednorazowe, latarki. Lewej dolnej jedynki niet.)
Lewa dolna jedynka leżała na łóżku zawinięta w kapę. Wróżka przyszła. Zapłaciła. Ufff...
